Śmierć na diamentowej górze. Scott Carney Czarne polski 44,90 zł . Dodaj. Piękna rupieciarnia. Bohumil Hrabal
Tajemnicza śmierć pod znanym pomnikiem. Michał Górecki. 2022-08-09 12:29. Czy ten artykuł był ciekawy? Podziel się nim! Makabra na Górze św. Anny. Zwłoki w samochodzie pod pomnikiem.
Do wypadku doszło kilka minut po północy na ul. Diamentowej w Lublinie. Przeglądarka, z której korzystasz jest przestarzała. Starsze przeglądarki internetowe takie jak Internet Explorer 6,
Vay Tiền Nhanh. Makabryczna śmierć wśród płomieni. Policja pod nadzorem prokuratury bada przyczyny niedzielnego, tragicznego pożaru domu jednorodzinnego w miejscowości Wierzchowiska Pierwsze (pow. świdnicki, woj. lubelskie), w wyniku którego zmarł 71-letni mężczyzna. Trwa ustalanie okoliczności zdarzenia. Zawiadomienie o pożarze strażacy otrzymali w niedzielę około godz. – Na miejsce udały się trzy zastępy PSP i dwa OSP – powiedział st. kpt. Paweł Dańko z KP PSP w Świdniku, cytowany przez Polską Agencję Prasową. Jak podał Dańko, osoby postronne poinformowały strażaków, że w kuchni płonącego domu na łóżku leży mężczyzna, który nie daje oznak życia. – Osoby postronne próbowały go wydostać z domu, jednak z uwagi na silne zadymienie okazało się to niemożliwe – wyjaśnił Dańko. Zobacz też: Skatował 33-latka podczas libacji? Seria zatrzymań po tragedii we Włodawie Express Biedrzyckiej - Radosław Sikorski: Inwazja Putina może nastąpić do końca miesiąca Portal Lublin112 podał, że mężczyzna był osobą niepełnosprawną, poruszającą się na wózku. Ogień i dym uniemożliwiły jego szybką ewakuację. Strażakom udało się wydostać 71-latka, ale obecny na miejscu zespół ratownictwa medycznego stwierdził jego zgon. Jako prawdopodobną przyczynę śmierci strażacy wskazują zaczadzenie. Dańko poinformował, że gaszenie pożaru trwało niemal trzy godziny. – Przypuszczalną przyczyną pożaru było zwarcie instalacji elektrycznej – dodał. Mundurowi z Komendy Powiatowej Policji w Świdniku, którzy zajmują się ustaleniem dokładnych okoliczności tragicznego pożaru domu w Wierzchowiskach Pierwszych, przekazali, że na miejscu zdarzenia pracowała grupa dochodzeniowo-śledcza i biegły z zakresu pożarnictwa. Śledztwo jest w toku.
Opublikowano: 2016-05-26 10:28:15+02:00 Dział: Kultura Kultura opublikowano: 2016-05-26 10:28:15+02:00 Od zawsze śmieszyła mnie moda na buddyzm. A bycie buddystą w naszej cywilizacji ma mniej więcej tyle samo sensu co zostanie Indianinem lub Eskimosem. Nie zmienia to faktu, że od hipisowskiej rewolty buddyzm i religie Wschodu stanowią stały punkt odniesienia dla sporej liczby kontrkulturowych snobów. Co więcej, gdy przyznawanie się do chrześcijaństwa stało się na salonach synonimem obciachu, bo kto by wierzył w gusła i przesądy, to buddyjskie credo dokonane między jednym a drugim kęsem sushi budzi szacunek. To chyba kwestia egzotyki i niewielkich wymagań, jakie niesie ze sobą zachodnia wersja tej religii. Być może chodzi również o to, że buddyzm w zasadzie nie jest konfesyjną religią, a bardziej systemem filozoficznym, w którym wiara w osobowego Boga nie jest konieczna. W każdym razie od kilkudziesięciu lat religie Dalekiego Wschodu stanowią łakomy kąsek dla poszukujących i zblazowanych członków klasy średniej. Jest to również doskonałe środowisko dla hochsztaplerów i samozwańczych guru New Age. Takich jak Michael Roach opisany przez Scotta Carneya w reportażu zatytułowanym „Śmierć na diamentowej górze”. Bohaterem głównym reportażu tego amerykańskiego dziennikarza jest wspomniany wyżej Michael Roach. Jak wielu z religijnych oszustów, wykazywał się ponadprzeciętną inteligencją oraz umiejętnościami manipulacji. Stworzył on dokrojoną do potrzeb zachodniego człowieka odmianę buddyzmu, którą krytykowali nawet nepalscy czy tybetańscy duchowni. Roach jednak nie przejął się tym faktem, brnąc dalej w swoją misję. Oddziaływanie guru było tak silne, że członkowie jego sekty byli w stanie oddać się kilkuletniemu milczeniu. Ten wmówił im, że to wszystko dla pokoju na świecie. Co więc motywuje człowieka takiego jak Roach? Pieniądze? Te zarobił na handlu diamentami. Duchowe poszukiwania? Na te nie pozwalał cynizm. Może więc pragnienie sławy i potwierdzenie własnej wielkości? A może wszystko po trochu. Roach był trochę niczym Kurtz z „Jądra ciemności”, tyle że nieokrzesanych Murzynów zastąpili wykształceni przedstawiciele zawodów umysłowych. Nie taki więc Murzyn dziki, skoro cywilizowany biały człowiek ulega podobnym sztuczkom. Oprócz Roacha w reportażu tym pojawia się dwoje innych ważnych bohaterów. To Christie McNally, była żona Roacha, i jej obecny mąż Ian Thorson. Poznajemy ich w prologu, jak odwodnieni i wycieńczeni z głodu i pragnienia mantrują, starając się wejść na wyższy poziom świadomości. I gdy jedno z nich, Thorson, umrze, współwyznawcy pokiwają głową w rezygnacji. Oni żyją, więc jeszcze mogą uzyskać oświecenie. Problem, jaki pojawia się w kwestii oświecenia, jest natury semantycznej. Słowo to co innego znaczy dla mieszkańców Tybetu czy Nepalu, od dzieciństwa wzrastających w kulturze diametralnie innej od zachodniej. Sytuacja wygląda analogicznie z pozostałymi terminami religijnymi. Nie sposób przetłumaczyć ich wiernie komuś, kto mówi i myśli zupełnie inaczej, rozumując innymi kategoriami. Nawet gdy wydaje się to możliwe, takim nie jest. Thorson jest więc nie pierwszym i nie ostatnim żałosnym poszukiwaczem egzotyki i duchowych podniet w innym wszechświecie, którego nie pojmuje. W swoim antropocentrycznym zadufaniu wydaje mu się jednak, że tajniki buddyzmu pojął i pokochał. Scott Carney, pisząc „Śmierć na diamentowej górze” starał się nie angażować po żadnej ze stron (i tu mogliby uczyć się nasi etatowi reporterzy piszący do „Gazety Wyborczej” swoje tendencyjne nowelki), czego rezultatem jest chłód, z jakim opisuje i domorosłych buddystów, i ich adwersarzy. Przede wszystkim jednak skupia się na biografiach Thorsona i Roacha. Te zaś, zanim się przetną i skrzyżują w dramatycznym uścisku, będą na swój sposób poszukiwaniem sacrum. Obaj bowiem, i Thorson, i Roach, pochodzą z zachodniego świata postreligijnego, który woła o świętość i duchowy wymiar egzystencji. A niewidzący obok siebie bogactwa tradycyjnego chrześcijaństwa młodzi awanturnicy, bez świadomości zagrożenia, ładują się z butami w świat Orientu. Porażające są w tym kontekście opisy demonicznych wizji, jakich podczas medytacji doznaje Thorson. Widzi on boginię Kali pożerającą ludzkie mięso. A jego partnerka, Christie McNally, rani go nożem, gdy sama wciela się w indyjską boginię, Pojawia się więc pytanie o celowość i samej medytacji, i religijnych praktyk Wschodu, które importowane do świata zachodniego stają się przeszczepem niemogącym się przyjąć. Gdy ludziom trudno w obrębie jednego kraju migrować między odmiennymi kulturowo obszarami, gdy emigracja zawsze rodzi poczucie wykorzenienia, co powiedzieć o tych, którzy porzucają jedną religię dla drugiej? Mało wiemy jeszcze, tak naprawdę, o ludzkiej psychice. A tak prawdopodobnie nie jest w stanie poradzić sobie z takim obciążeniem. Jak przetłumaczyć chrześcijański kod na ten pochodzący z innej cywilizacji? W tym miejscu powinno pojawić się ostrzeżenie o wielkim niebezpieczeństwie czyhającym na tych, którzy eksperymentują na sobie, próbując wyrwać z siebie kulturowe archetypy i zastąpić je nową tkanką. Takie działanie nie może się udać i o tym właśnie pisze Scott Carney w „Śmierci na diamentowej górze”, a jego reportaż jest kolejnym udanym dziełem wydanym przez Wydawnictwo Czarne w Serii Amerykańskiej. Michał Żarski Scott Carney, Śmierć na diamentowej górze. Amerykańska droga do oświecenia, tłum. D. Cieśla-Szymańska, wyd. Czarne, Wołowiec 2016, ss. 315. Publikacja dostępna na stronie:
- Zobaczyłem owady, które masowo umierały pod lipami. W ciągu minuty zebrałem garść trzmieli - opisuje miłośnik pszczół, opiekun miejskiej pasieki zlokalizowanej na dachu CSK w Lublinie. Pszczelarz apeluje, by mieszkańcy Lublina sprawdzili, jak wygląda sytuacja w pozostałych dzielnicach Wygląda to na masową śmierć owadów. Musiał wystąpić tutaj jakiś czynnik zewnętrzny, bo rośliny nie mogą truć na taką skalę - mówi Marcin Sudziński, opiekun Miejskiej Pasieki Artystycznej na dachu Centrum Spotkania Kultur w Lublinie. „Wyrafinowani rabusie" w akcji. Miodobranie na dachu CSKWe wtorek pod lipami przy ul. Diamentowej w Lublinie (na odcinku od Lidla do Spółdzielni Pszczelarskiej APIS) zauważył on wiele martwych owadów, w tym trzmieli i pszczół miodnych. - Pod drzewami przy jednym z tamtejszych sklepów, jedna z ekspedientek podczas sprzątania odkryła mnóstwo martwych ciał zapylaczy. Owady padły najprawdopodobniej w ciągu minionej doby - tłumaczy. Zdaniem pszczelarza takich przypadków może być więcej. - Bardzo proszę, abyście państwo zerknęli w swoich dzielnicach, czy sytuacja nie wygląda podobnie - apeluje Sudziński. I zaznacza, że próbki martwych owadów przekaże do laboratorium. Miłośnik pszczół chce ustalić dlaczego owady padły. Lublinianie chętnie spędzają weekend w centrum. ZobaczTakiej „trybuny" lubelskich kibiców zazdrości cała PolskaLegenda o Czarciej Łapie na placu Litewskim. Zobacz zdjęciaLubelskie w kamerach Google. Sprawdź, czy Cię nagraliLublin w kwiatach. Rozejrzyj się i zobacz, co kwitnieNa trybunach wesoło i kolorowo. Zobacz galerię kibiców żużlaPolecane ofertyMateriały promocyjne partnera
śmierć na diamentowej górze